“In the mood for love” mnie zawiódł (ale - to przecież subiektywna sprawa :-) i można na temat tego filmu mieć różne, także co do zasady pozytywne opinie), tak jak się zresztą spodziewałem. Wong Kar Wai wychował się najwyraźniej na MTV, zachodnich komiksach i pokazach mody… dobrze, że też na muzyce południowoamerykańskiej!Film ogląda się jak długi, obrazowo wysmakowany teledysk. Cała historia nabiera dla mnie sensu tylko przy założeniu, że mąż i żona głównych bohaterów nie istnieją, że to oni sami są mężem i żoną, a ich spotkania są taką formą psychoanalitycznej tortury… Poza tym ujęć erotycznie atrakcyjnych części ciała głównej bohaterki było dziesiątki, właściwie, to odnosi się wrażenie, że oto chińska modelka zamiast na wybiegu, przechadza się po planie filmowym! Rzecz ma się podobnie z jej filmowym partnerem, który nie próbuje nas nawet zaskoczyć jakimkolwiek innym wyrazem twarzy, niż jeden, jedyny, wytrwale na nas ćwiczony grymas mężczyzny po przejściach owianego papierosowym dymem.
.
Obraz za to wysmakowany estetycznie: Azja jest kolorowa, ale przecież i Afryka i Ameryka Południowa też! Dochodzę do wniosku, że właściwie to tylko Europa jest szara, a Polska nie wiem czy nie bardziej jeszcze szara od szarej, przeciętnej, europejskiej szarości. Wreszcie zakończenie z Angkorem zupełnie wyjątkowo pokazanym jakby od środka, obrazami, które pozwalają domyślać się wrażeń człowieka spacerującego wśród starożytnych murów: trudno, żeby nie przeszły mnie ciarki, biorąc pod uwagę moje plany wakacyjne!
I jeszcze jedno: Wong Kar Wai i Kim Ki Duk to dwa różne filmowe światy, jest między nimi różnica jakościowa: ten film się po prostu zestarzał, trudno dziś zrozumieć, za co dostał nagrodę w Cannes i o co było tyle szumu. Chyba, że kogoś pociąga sama obcość tego obrazu, ale i tej przecież nie ma za wiele, to film bardziej europejski, niż azjatycki: ze wspomnień autorki „When Heaven and Earth changed places” wynika, że w Wietnamie w latach siedemdziesiątych pojęcie miłości romantycznej było niemal nikomu nieznane, a ludzie wiążący się ze sobą w tym wiejskim kraju ze względu na to, że się sobie spodobali, powszechnie uważani byli za wariatów!
http://www.wkw-inthemoodforlove.com/eng/homepg/homepg.asp
I jeszcze jedno: Wong Kar Wai i Kim Ki Duk to dwa różne filmowe światy, jest między nimi różnica jakościowa: ten film się po prostu zestarzał, trudno dziś zrozumieć, za co dostał nagrodę w Cannes i o co było tyle szumu. Chyba, że kogoś pociąga sama obcość tego obrazu, ale i tej przecież nie ma za wiele, to film bardziej europejski, niż azjatycki: ze wspomnień autorki „When Heaven and Earth changed places” wynika, że w Wietnamie w latach siedemdziesiątych pojęcie miłości romantycznej było niemal nikomu nieznane, a ludzie wiążący się ze sobą w tym wiejskim kraju ze względu na to, że się sobie spodobali, powszechnie uważani byli za wariatów!
http://www.wkw-inthemoodforlove.com/eng/homepg/homepg.asp
3 komentarze:
"In the mood for love", to film który opowiada o niemożności spełnienia miłości, przegranej przez gorset obyczajowy, usankcjonowana przez ówczesne normy społeczne; przegrana także przez samych bohaterów, którzy samych siebie wtłoczyli w ramy własnego systemu wartości.
Być może taka "kalkulacja" częściowo im się opłaciła, bo nie zdradzili swoich małżonków do końca - byli początkowo tylko ofiarami, ale z drugiej strony zasmakowali miłość zrodzoną z prawdziwego uczucia, które na ówczesne czasy nie było w Azji dość powszechnym zjawiskiem. Tak więc, wilk syty i owca cała.
Dlatego, gdyby oglądać ten film pod tym względem, w aspekcie dramatycznych wyborów to wydaje
się, że jest bardzo bliski i na wskrość współczesny. Dylematy zdradzać - nie zdradzać, jak być w
zgodzie lub nie zgodzie ze swoim sumieniem, dotyczą każdego kto kiedyś znalazł się w tej sytuacji.
"In the mood for love" to właściwie film, którego należy oglądać w sposób symboliczny, bogata warstwa gestów, zwiększa napięcie między bohaterami, którzy z każdą minutą ujawniają swoje uczucia, choć z drugiej strony ciągle próbują wrócić do "formalnego" pionu. Ta ciągła walka wewnętrzna wpisuje się w
ten cały dylemat zdrady o którym pisałam wcześniej.
Być może kogoś drażni różnorodność stylów, nieuprawniona mieszanka powiedzmy "w stylu MTV " przez co obraz dzieła wschodnioazjatyckiego ze wszystkimi swoimi stereotypami np. tradycyjna muzyka, walki wręcz, pola ryżowe itp. ulega rozbiciu. A tu, oto mamy dekadencki Hongkong- z jednej strony zachowujący najwięcej ze swej tradycji czy mówiąc ogólnie azjatyckości w porównaniu do ówczesnych Chin kontynentalnych, ale równocześnie na wskroś europejski ze wszystkich państw
Dalekiego Wschodu, okraszony dodatkowo południowoamerykańskimi rytmami. Rzeczywiście, to może prowadzić u niektórych do pewnej "schizofrenii". Z kolei występująca w filmie czerwień
bollywoodzka czy powiedzmy kolory almodovarowskie nie mają absolutnie na celu pokazania na
zasadzie automatycznego przeciwieństwa, że Europa jest szara, a tym bardziej, że Polska jest "jeszcze szara od szarej, przeciętnej, europejskiej szarości". Do tego sama maniera filmu przywodzi na myśl europejskie szkoły (widać częściowe podobieństwo do Almodovara). Tak więc, gdyby oglądać to tylko pod względem spójności stylu, to można by się pokusić o stwierdzenie, że ten film to zlepek niewiadomo czego.
Autor mówił tu o grze pary aktorów: "koreańskiej" modelki chadzającej się po planie filmowym i mężczyzny o pojedynczym , wytrwale ćwiczonym grymasie twarzy.
Powiem tak: w tamtych czasach kobietom w Azji w wieku bohaterki i o podobnym statusie , nie wypadało się śmiać od ucha o ucha, pilnowano się by być powściągliwym, dystyngowanym,
grzecznym, ułożonym, odpowiednio się poruszać; uważano na każde słowa i gesty, w nawet tak liberalnym jak na tamte czasy Hongkongu, dlatego też bohaterka chwilami przypomina geishę. Podobnie miało się to do mężczyzn z tej klasy społecznej co bohater.
Można by tu jeszcze o wielu sprawach napisać, ale abstrahując od tego wszystkiego, to był dłuuugi komentarz do tego, że ten film jest dla mnie osobiście wspaniałym dziełem pod niemalże każdym względem.
Autorowi dziękuję za poruszenie tematu :)
Po kolei:
ad. pierwszy akapit - stosunek obojga bohaterów do ich małżonków (jeśli przyjąć, że oni w ogóle istnieją) nie jest tematem filmu i nie można zakładać, że ten stosunek to nie jest prawdziwa miłość; stąd wniosek, że miłość jest tutaj dla bohaterów przegrana jest nieuprawniony, bo to może właśnie miłość (do małżonków) jest wygrana.
Ad. akapit 2)
Niewątpliwie, choć "symboliczny" to za dużo powiedziane: gestami posługujemy się na co dzień dla wyrażenia uczuć, bezustannie przecież praktycznie, poczynając od powietania, poprzez grymasy twarzy, aż do płaczu, krzyku, śmiechu pełnego euroforii.. te gesty nie są jeszcze same przez się symboliczne, dla "symbolizmu" potrzeba czegoś więcej.
Ad. akapit 3)
Punkt odniesienia to kino azjatyckie w wydaniu Kim Ki Duk'a przede wszystkim. Jeśli chodzi o kino azjatyckie to oczywiście monumentalnym punktem odniesienia byłby Kurosawa, a jeszcze na myśl przychodzi mi (Van!) naturalnie "Rykszarz". Wszystko to jest m.zd. z innej - i wyższej - półki, niż "In the mood for love". :-( Z Wong Kar Wai'em to jest właśnie ten problem, że "tu mamy [zaledwie] dekadencki Hongkong", a więc po prostu kolorowy romans z ładnymi ludźmi poruszającymi się wśród pięknych kolorów i zawiesiny dymu papierosowego i... nic więcej! Azja w ogóle wydaje mi się kolorowa, przecież kolorów domów lub pagód choćby właśnie wietnamskich (!) nie można tu z niczym porównać: także pagoda przy Jagiellońskiej w Warszawie dowodzi tego kontrastu między szarością a kolorami. Może to właśnie tego rodzaju wrażliwość na kolory prowadzi Wong Kar Wai'a do tego paraalmodovarskiego stylu?
De gustibus non est disputandum...
Popraw mnie, jeśli to chiński reżyser, a nie koreański wprost! Nikt nie jest nieomylny... natomiast ten aktor przypominał mi kogoś z Infiltracji, więc... (?)
Adn. 1 Nigdy nie zakładalam, że miłość (lub jej brak) obojga bohaterów do małżonków jest tematem filmu, bo tematem jest związek między bohaterami. Mówisz, że miłość do małżonków może jest wygraną ... Wątpię, ponieważ w końcowej scenie okazuje się, że w dawnym mieszkaniu gdzie się dzieje
akcja, mieszka "kobieta z dzieckiem " ( w domyśle samotna ), a dziecko jest prawdopodobnie owocem związku z bohaterem.
Adn. 2 Oczywiście gestami posługujemy się na co dzień, ale mówiąc o gestach konkretnie w tym
przypadku, w tym filmie, chcę zwrócić uwagę na dość częsty zabieg stylowy w "filmach azjatyckich", gdzie sceny miłośći czy to pocałunek czy to sceny łóżkowe nie są często pokazywane ( jesli nie liczyć "Imperium Zmysłów") , dlatego, żeby "przemycić" tego typu treści twórcy posiłkują się bogactwem
gestów ( vide " Zapach zielonej papai" ). Sam widz musi się domyślić po spojrzeniu , błysku w oczach, czy to muśnięciu rąk, czy w końcu zwykłej ciszy "co czuje bohater/ka" lub " co zaszło między nimi?"
Adn. 3 "Kino azjatyckie" jest umownym terminem, bo tak naprawde jest wiele "kin azjatyckich" . Inne jest "kino azjatyckie - chińskie ", "kino azjatyckie- hongkongskie " , "kino azjatyckie- japońskie", wietnamski, koreański i tak dalej. A mówiąc o punkcie odniesienia, nie wiem czy tylko i wyłącznie do Kim Ki Duk'a, bo mi osobiście trąci po trochu Ang'em Lee, Tran Anh Hung'iem ( wspomniany "Zapach.." , "Schyłek lata" ) , Zhang'iem Yimou ( vide "Zawieście czerwone latarnie" ) i kilku innych przez ciebie wspomnianych. A każdy z nich ma z jednej strony swój specyficzny styl a z drugiej coś wspólnego/podobnego . A , że dla niektórych ITMFL to zaledwie "kolorowy romans" to jest może i prawda, bo rzeczywiście, de gustibus non est disputandum...
Adn. 4 "Popraw mnie, jeśli to chiński reżyser, a nie koreański wprost!" - nie rozumiem zupełnie o co chodzi , bo wcale nie myślałam o tym, czy wiesz czy reżyser jest chiński czy koreański, a tym bardziej poprawiać ...
A tak nawiasem mówiąc, Wong Kar Wai to chiński reżyser z Hongkongu, choć się urodził w Shanghaju.
Tak, Tony Leung występuje w wielu prod. z Hongkongu w tym i w "Infiltracji" .
Prześlij komentarz